Jak znalazłam się w Grecji

Do Grecji trafiłam w sumie przypadkowo. Studiowałam Turystykę i Rekreację, ale nigdy myślałam, że będę pracować w Grecji jako przewodnik, a tymbardziej na wyspie. Wyspa kojarzyła mi się z czymś nieosiągalnym. Był nim dla mnie egzotyczny Madagaskar, Hawaje, Dominikana, gdzie rosną palmy i pijane małpy kradną aparaty fotograficzne. Wokół głowy latają papugi i można zrywać kokosy prosto z drzewa. To była dla mnie egzotyka, a Grecja kojarzyła mi się z zabytkami.

Kamienie nie przemawiały do mnie, wielkie budowle jak Akropol znałam z podręczników do histori, ale zupełnie nie czułam tego klimatu. Jak wiadomo historię w szkole mało kto lubi, większość nienawidzi, ja też się nie wyłamywałam w tym temacie. Na zasadzie zakuć, zdać zapomnieć uczyłam się historii w tym słynnej starożytności. Edukacja w Polsce ma to do siebie, że każdy etap nauki historii, od podstawówki do liceum zaczynał się zawsze od starożytności i na drugiej wojnie światowej się kończył, bo na wiecej nie było już czasu. Mieliśmy starożytności po kokardę. Na geografii też raczej uczyliśmy się liczb i jeździliśmy “palcem po mapie”. Dziś wiem, że zamiast 3 razy do Warszawy, raz do Krakowa i 4 razy do palmiarni w Poznaniu mogliśmy jechać raz do Aten, żeby dotknąć historii, zrozumieć ją i rozbudzić w sobie duszę podróżnika. Pamiętam jak znalazłam tani lot do Aten jeszcze na studiach i powiedziałam “o nie, tylko nie Grecja, tam nic nie ma tylko zabytki”. A kiedy pierwszy raz na żywo zobaczyłam Akropol myślałam, że oszaleję. Historia nagle okazała się prosta, interesująca i piękna. No cóż, może jestem wzrokowcem.

Prawdziwą miłość do podróżowania rozbudziły we mnie książki Martyny Wojciechowskiej “Kobieta na Krańcu Świata”, które do dziś trzymam na półce jak biblie, oraz mój nauczyciel geologii, który pokazywał nam zdjęcia ze swojej wyprawy na Spicbergen i przed każdym wykładem wysypywał z torby pełno kamieni z różnych miejsc na świecie. Koniec studiów okazał się być porównywalny do tzw. wieków ciemnych, czyli nastąpiło wielkie nic. Praca w biurze podróży była nudna i to zupełnie nie było to, czego oczekiwałam od turystyki. Miałam skończony jeszcze kurs technika weterynarii, ale to był plan B, który z podróżami nie miał za wiele wspólnego. Aż nagle wpadła opcja wyjazdu na wyspę Zakynthos (jeszcze wtedy musiałam sprawdzić na mapie, aby upewnić się gdzie to dokładnie). Miałam wyjechać jako przewodnik turystyczny do prowadzenia wycieczek dla Polaków. Obejrzałam zdjecia w google. Palmy są, wyspa jest, morze jest, ciepło jest, słońce jest, nie ma pijanych małp i kokosów, ale jest całkiem egzotycznie ! Jadę. Zapadła decyzja, że to będzie moja podóż życia i wtedy Grecja dostała u mnie szansę.

To zdjęcie to moja relikwia, zrobione na praktykach w biurze podóróży. Kto by pomyślał…

Podczas studiów podróżowałam oczywiście po Europie, a moją miłością była Chorwacja. Byłam przekonana, że nigdy jej nie zdradzę i zawsze będzie dla mnie najpiękniejszym krajem na świecie. Moja poróż na wyspę Zakynthos była okazała się jednak przejściem w inny wymiar. Jechaliśmy samochodem przez Niemcy i Austrię, a potem promem z włoskiego Triestu do greckiej Patry. Pamiętam, gdy wynużyłam nos zmulona delikatną chorobą morską i zobaczyłam port w Igumenitsa (prom miał kilka przystanków zanim dopłynął do Patry). To był inny świat. Było w nim więcej… światła. Budynki były białe lub beżowe, niczym przyklejone do siebie, samochody jeździły jak te magnetyczne poduszkowce w parku rozrywki, tylko o dziwo bez zderzania się. Było mnóstwo skuterków. W życiu nie widziałam tylu skuterków. Co za chaos pomyślałam i znowu schowałam się na promie. Na tym promie jadłam też najgorsze souvlaki w swoim życiu. Zostały zakupione za 7 euro dwie sztuki (normalna cena 2,50) jak tylko moje oczy dojrzały tą nazwę w menu promowej restauracji. Trzeba było spróbować jak samkuje TO greckie danie, o którym tyle się uczyłam. Nie wspomnę, że aby zostać przewodnikiem w Grecji poświęciłam trzy miesiące nauki, która zaczynała się od ? Nie zgadniecie… Od starożytności! Dojechać musiałam dalej niż do II Wojny Światowej, bo aż do czasów dzisiejszych. Ale to była jedyna nauka w moim życiu, która nie poszła w las.

Kolejne wynurzenie się przez okno promu (płyneliśmy 32 h ) okazało się przełomowe. Przepływaliśmy wielkim, turkusowym morzem, a na horyzoncie wyłaniały się zielone wyspy. Wyglądały jak nie z tej Ziemii. Niczym ulepione, jakby wynurzyły się z podmorskiej Atlantydy. Takiej zieleni i takiego błękitu nie widziałam nigdy, nigdy, przenigdy, nigdzie indziej na świecie. Wtedy już wiedziałam, że to raj o którym nie miałam pojęcia.

Wyjazd z promu i podróż autem z Patry do Killini, skąd odpływał prom na Zakynthos, też okazała się szokująca. Jezdnia miała dwa pasy o przeciwnych kierunkach jazdy każdy, ale w użytku były cztery !!! Na każdym pasie od zewnętrznej, na tzw. poboczu jechały auta wolniejsze, starsze i mniejsze, a od wewnętrznej zasówały nowe, szybkie i duże. Jak w jakiejś grze! Wyprzedzanie ? Do dziś nie wiem kiedy można ten ruch było nazwać wyprzedzaniem, a może poprostu mijaniem, w każdym razie nie czekało się aż z naprzeciwka nic nie będzie jechało. Nie czekało się nawet, żeby jechał tylko jeden samochód. Droga miała tyle metrów szerokości, że cztery auta jednocześnie, równolegle ze sobą mieściły się idealnie na lusterka. Po strąbieniu nas, że nie jesteśmy ani autem starym, ani wolnym, ani małym (Mercedes Vito), a jedziemy poboczem postanowiliśmy ulec. Z tętnem biegnącego maraton poznałam co to znaczy jeździć po grecku. Bo w Grecji droga służy do jeżdżenia! Na początku był strach, później bunt, a teraz już wiem, że nigdy nie zamieniłabym tego stylu jazdy na żaden inny!

Spotkaliśmy po drodze też wielu Greków. Niewielu mówiło po angielsku. Ale Ci, którzy mówili zdziwili mnie jednym. Podczas jednego tankowania paliwa zdażyli zapoznać się z całym moim życiorysem, historią chorób w tym wenerycznych do czwartego pokolenia wstecz, drzewem genealogicznym, pochodzeniem imienia oraz planami zawodowymi na najbliższe 20 lat. Kim jest czowiek jadący ze mną też i oczywiście jego dane również zostały zebrane w mgnieniu oka. Odpowiadałam jak na przesłuchaniu FBI zupełnie nie myśląc o ochronie danych osobowych i przede wszystkim co ich to obchodzi! Robili to z takim wdziękiem, takim ciepłem, serdecznością, zainteresowaniem, że miało się ochotę im to wszystko opowiedzieć. Nie raz… a właciwie prawie zawsze, spotykam się z takim przepytywaniem ze strony Greków. Oni działają jak IPN i najlepsze jest to, że wszystko pamiętają! Czasami mnie to denerwuje, bo wychodzę do sklepu obok po kilo ziemniaków i zmuszona jestem wrócić po godzinie, a czasami cieszy… Bo człowiek momentami chce pogadać o niczym i miło mu jak ktoś zapyta co u jego polskiej rodziny mimo, że nigdy ich na oczy nie widział. Serdeczność i przyjacielskość Greków nie zna granic, pod warunkiem, że jesteś miła i serdeczna, a gdy chcesz coś z nimi załatwić koniecznie jeszcze lekko głupiutka. Niewinny uśmieszek, cienki ton głosu i hasło “bo Pan wie lepiej, a ja to się nie znam” to klucz do sukcesu w szczególności w sprawach urzędowych. Jeśli tylko się wyda, że głupiutka nie jesteś, masz swoje zdanie i wiesz lepiej, a nie daj bóg rzucisz jakimś przepisem czy paragrafem, o którym ostatni raz słyszeli na studiach masz przerąbane. W tym przypadku też działa ich pamięć absolutna i o załatwieniu czegokolwiek w danym urzędzie możesz już dośmiertnie zapomnieć. […]

[…] Dziś Grecja to dla mnie dom, rodzina, praca, przyjaciele. Potrzebowałam dwóch tygodni na wyspie wśród nich, w ich świecie, żeby przejść przez trzy etapy. Pierwszy: Boże co za chaos!!! Drugi: Nieee!!! Jak oni tak mogą ?! Ja ich nauczę! Trzeci: Dobra… Nie da się ich naczyć, trzeba nauczyc się z tym żyć. Później przyszedł czwarty etap, który trwa do dziś. Ja go nazywam Halara, czyli z greckiego chillout. Nie ma już stresu, że ktoś się spóźnia, albo że ja nie jestem na czas. Nie ma problemu, że ktoś zaparkował na środku zastawiając całą ulicę, jadę dookoła albo czekam ciesząc się, że mam chwilę to sobie zobaczę co na fejsie, albo zadzwonię do koleżanki. Nie ma problemu, że pada deszcz, woda przecieka przez dach i podstawiam wiadro. Przestanie przeciekać jak przestanie padać, proste. Fachowiec miał przyjść jutro, tak mówił przynajmniej pół roku temu. Spotkałam go raz to mówił, że wciąż o mnie pamięta. Na pocztę chodzę odbierać listy sama, bo listonosz, gdy widzi obce nazwisko jego mózg to odrzuca i list ląduje na półce “ratunku nie wiem co z tym zrobić”. Ale jest mi lżej, bo mam mniej wyprodukowanych na siłę sztucznych problemów cywilizacyjnych.

Żyję na Zakynthos odkąd pierwszy raz postawiłam na niej stopę 5 maja 2016 roku, w swoje własne urodziny. Sześć miesięcy pracy okazało się nowym rodziałem życia, który trwa do dzisiaj. Nie zamieniłabym Grecji i mojej małej wyspy na nic innego. Kocham Grecję za jej uśmiech i prostotę jej mieszkańców, patriotyzm i ogromną honorowość, za przyrodę, za kuchnię, za morze, które nigdzie indziej na świecie nie jest tak niebieskie, za słońce, które świeci 320 dni w roku i za historie, które dzięki życiu w greckiej rodzinie i greckim świecie mogę Wam, moim rodakom, przyjeżdżającym do Grecji opowiadać. […]

A: Zuza napisz książkę
Z: Nie bo nie będę miała co opowiadać na wycieczkach
A: Zuza Ty tam mieszkasz, zawsze będziesz miała co opowiadać
Z: … no dobra, napisze

W powstaniu jest moja pierwsza książka “Zakynthos inaczej” a to był jej wstęp. Poczytalibyście ? Czy nie pisać już dalej ?